Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdziały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdziały. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 czerwca 2014

Część 2 - Prolog

To nie jest 22 rozdział, to jest rozpoczęcie Części 2, więc prolog :)
Wiem, że jest beznadziejny i wyciskany, lecz nie miałam pomysłu, ale na następny - mam!
Trzymajcie za mnie kciuki!
Rozpoczynamy nowy rozdział w życiu Ichigo i Ryunne :P



"[...]Co byś zrobił, mój drogi Aizen'ie?[...]"

   Niebo wiszące nad Karakurą powoli z błękitu przeobrażało się w lazur. Chmury przypominające watę cukrową, płynęły po nieboskłonie. Możliwe, iż gdzieś tam w górze walczyli Shinigami.
   I tak też było.
   Ryunne wraz z Ichigo wychodząc z Bramy Senkai postanowili pójść powalczyć między sobą. To było nieco dziwne, aby dwie będące blisko siebie osoby zechciały stoczyć ze sobą pojedynek.
   Ja przyglądałam im się z dołu, siedząc na dachu opuszczonego wieżowca.
   Kurosaki wymierzał Kenpachi szybkie ruchy Zangetsu. Przecinał powietrze i skakał w górę. Było widać, że dziewczyna wyszła z wprawy, ale jakoś udawało jej się bronić. Odskoczyła do góry i zrobiła ruch, którego ani ja ani jej przeciwnik się nie spodziewaliśmy. Spadła na chłopaka z gradem silnych uderzeń zwalających rudowłosego na kolana.
   Spojrzała się na niego triumufująco z góry i przykucnęła przy nim zakrywając jego twarz swoimi włosami.
   Oboje wybuchli śmiechem, a Ichigo pociągnął zwyciężczynię na siebie przytulając do swego ciała jej małą istotkę.
   Prychnęłam pod nosem i odwróciłam spojrzenie.
   Miłość - obrzydliwe uczucie.  Nienawidzę patrzeć na ludzi obdarzających się tą emocją. Miłość to jest coś tak dziwnego jak jedzenie robali, jeśli mogę to tak porównać. Istota ludzka powinna być równie samotna jak ja. Ale każdy ziemianin pragnie miłości.
    Ichigo nie zasługiwał na moją przyjaciółkę, o nie.
    Usłyszałam ruch za sobą i gwałtownie się odwróciłam.
    - Witaj Neverli.
    Wytrzeszczyłam oczy widząc mojego tak zwanego pana, który panował w Hueco Mundo. To on uzależnił mnie od swojej herbatki. Czasami za jego plecami z Arrancar'ami nazywamy go Herbacianym Królem, na szczęście nie miał okazji dowiedzieć się o swoim pseudonimie. Jeszcze. Jeszcze  to dobre słowo.
    Przełknęłam ślinę i pozwoliłam wypęznąć na moją twarz przebiegłemu, ale fałszywemu uśmieszkowi. Podparłam ręce na bokach i pochyliłam się do przodu w geście ukłonu.
    - Aizen.

***

   Podniosłam głowę znad twarzy Ichigo i spuściłam wzrok na dół. Zobaczyłam stary, niezamieszkany i wyniszczony wieżowiec. Stały na nim dwie osoby. 
   Jedna miała brązowe włosy i stała dosyć daleko od tej drugiej. Był to mężczyzna, a jego biały strój powiewał na wietrze unosząc się wraz z nim. Jeden kosmyk także szybował razem z wiatrem. 
   Druga osoba... 
   - Neverli... - wyszeptałam zdziwiona. 
   Potrząsnęłam Ichigo, który wpatrywał się we mnie tymi brązowymi oczami ze zszokowaniem. 
   - Ichigo tam jest Neverli! - powiedziałam dosyć głośno, ale nie tak, aby oni usłyszeli. 
   Usiadł po turecku delikatnie spychając mnie z siebie i mocno wychylając się do przodu z maksymalnie rozszerzonymi powiekami. Mocno wciągnął powietrze w płuca i wypuścił je przerażony. 
   - Trzeba powiadomić Uraharę... tamten facet to Aizen.
   Przy ostatnim słowie zwrócił wzrok na mnie. Wiedział, że słysząc to będę chciała coś zrobić głupiego. I to bardzo głupiego. Miałam ochotę zlać dupę temu idiocie, który stał na dole i prowadził po cichu konwersację z Never. Zasłużył na moją złość. Ale czy dałabym mu radę? Może Nev udzieliłaby mi pomocy? A może ona dla niego pracuje? 
   - Czy oni wiedzą, że się tu znajdujemy? - spytałam odbiegając od tematu. 
   Ichigo złapał mnie za ramiona i zmusił do zajrzenia wprost w jego oczy. 
   - Bardzo możliwe, ale nawet nie próbuj stąd zejść, a ja pójdę po Uraharę, ok? Masz  ich pilnować, nic więcej rozumiesz?  
   Krótko zachichotałam. 
   - Aż tak głupia nie jestem, Ichi. Proponuję ci iść, bo zaraz ich tu nie będzie - szepnęłam i odepchnęłam go w geście tego, aby ruszył się w końcu. 
   Wstał z miejsca i ostatni raz rzucił mi spojrzenie i shunpo popędził w stronę domu Kisuke. 

***

   - Co tutaj robisz, Neverli? - zapytał świdrując mnie wzrokiem. 
   Zaczęłam przechadzać się w kółko i próbowałam nie zwracać uwagi na zniknięcie Ichigo. Bez niego Ryu przy spotkaniu z tym Shinigami od razu trafi do Las Noches. Nie ma szans. 
    - Powiedzmy tak, że załatwiałam sprawy - odpowiedziałam obdarzając go uśmiechem morderczyni jaką mnie mianowano. 
    Aizen uniósł znacząco brwi i roześmiał się na moje słowa. 
    Podejrzewałam co ma na myśli.
    - Zabijanie Shinigami nadal sprawia ci przyjemność? 
    Z  prędkością shunpo podeszłam do niego i złapałam go za płaszcz tuż pod gardłem podnosząc go lekko do góry. Brązowowłosy i tak nie wyrażał żadnych emocji świadczących o tym, że się wkurzył. Znałam go dosyć długo i stwierdziłam, iż ta podła istota nie potrafi wyrażać jakiejkolwiek rzeczy, która mogłaby zdradzić jego słabość.
   Wykrzywiłam twarz przebiegle ściskając jeszcze mocniej materiał. Przejechałam paznokciem po jego szyi patrząc na nią łakomo. Z przyjemnością przejechałabym po niej moim Madness'em. 
   Splunęłam na twarz mężczyzny. Ten się tylko wzdrgnął i szybkim ruchem starł należącą do mnie ślinę z policzka. 
    Byłam taka niska, a potrafiłam takiego faceta unieść nad ziemią. 
   - Nie martw się, kiedyś nadejdzie twoja kolej, poczekaj chwilę, pod koniec przyjdzie czas na ciebie, skurwysynie - wyszeptałam mu wprost do ucha ówcześnie przysuwając się niebezpiecznie blisko twarzy "przeciwnika" będącego mym pracodawcą. 
   Rzuciłam nim w powietrze, ale on szybko powrócił do dawnej pozycji patrząc na mnie z rozbawieniem. Oczy same mu się śmiały. 
   - Nie uda ci się, ja będę pierwszy, ale teraz - oboje potrzebujemy siebie nawzajem. Później możemy rozstrzygnąć wszelkie niedogodności, co ty na to? - zapytał stojąc już równo. 
   Zatarł dłonie o siebie kpiąco. 
   Wydałam z siebie dźwięk niczym wściekła kotka. Brzmiało to trochę jak warczenie, ale warczeniem nie mogę tego nazwać. 
    - No tak. Jesteś mi potrzebny, hę? A gdybym ja tak stanęła na czele twoich ludzi i zasiadła na twym tronie? Co byś zrobił, mój drogi Aizen'ie? Wtedy uzyskałabym wszytko co jest mi potrzebne - zaśmiałam się psychopatycznie. 
    Dawny kapitan 5 oddziału podniósł teatralnie rękę do góry, a tuż za nim otworzyło się coś w typie garganty. 
     Uniósł ku górze prawy kącik ust w półuśmiechu. 
     - Jushiro, nigdy mnie nie pokonasz, pracujesz dla mnie, nie wywiniesz się z tego, a tak a propos: Ryunne zostanie zabrana do Hueco Mundo, Stark już po nią przyszedł. - powiedział złośliwym tonem i zniknął. 
    Przerażona uniosłam oczy do góry i ujrzałam, jak pierwsza Espada szarpie się z moją przyjaciółką. Zła wyskoczyłam do góry, ale mężczyzna zniknął już w gargancie wraz z krzyczącą Ryunne. 
    - Zabiję go!

A miało być tak pięknie!




piątek, 2 maja 2014

Rozdział 21

A więc proszę :P
Długo oczekiwana 21, a także zakończenie wątku - Soul Society. Następne rozdziały będą związane z Hueco Mundo itd. wiecie Aizen i te sprawy xD
Mam nadzieję, że zakończenie pierwszej części jest dobre :)
Wiem także, że to jest jeden z gorszych rozdziałów, ale po prostu nie miałam pomysłu i no wiecie musiałam coś głupiego wycisnąć z mojego głupiego móżdżka :D




"Wtedy to wszystko byłoby oparte na kłamstwie"

Prędko podeszłam do Ichigo, który spoglądał w miejsce, gdzie wcześniej znajdowała się Neverli. Nie pozostało po niej śladu. Rozpłynęła się w powietrzu.
Wszyscy mieli zdziwione twarze, tylko Kapitan Głównodowodzący wyglądał tak jak zawsze. Tej istoty nic nie zmieni - nawet najgorsze wydarzenie. Za to nigdy w życiu nie ceniłam Yamamoto, zresztą nigdy go nie ceniłam, był dla mnie tylko i wyłącznie osobą stojącą o wiele wyżej niż wszyscy, choć i tak nieco niżej niż Centrala 46. Co najlepsze od czasu, gdy miałam świadomość tego kim jestem, w Seireitei zmieniło się tak wiele, lecz on pozostał na tym samym miejscu.
Neverli?, pomyślałam. To niemożliwe aby to była ta sama delikatna istotka, która razem ze mną w tym samym czasie skończyła akademię. Jej także nauka zajęła tylko rok. Obie stałyśmy na równi, lecz po skończeniu nauki ja stałam się silniejsza, a zaś Nev staczała się powoli, nie podnosiła swojej mocy, chociaż... teraz coś w jej reiatsu było tak potężne, że gdyby nie to, iż także jestem potężna - straciłabym moc aby oddychać. Czy to możliwe aby Never, aż tak się zmieniła?
- Ryu - wyszeptał Ichigo.
Chłopak przysunął się do mnie i stanął tak, by mój wzrok nie padał w miejsce, gdzie ówcześnie stała sylwetka Juushiro. Ja i tak podniosłam głowę nieco wyżej tak by ujrzeć cokolwiek - bez skutków - jestem za niska, stwierdziłam w głowie.
To wszystko wyglądało dziwnie, a także miałam trochę wątpliwości co do tego co oznajmił Genryusai, lecz nie miałam dowodów na jego kłamstwo. Coś w głębi krzyczało we mnie słowa Neverli sprzed roku, gdy po raz ostatni dano mi ujrzeć na wolności - Seireitei i niebo wiszące nade mną.
"Neverli stała nieopodal mnie, przyparta do muru z podbródkiem uniesionym ku górze i oczami błądzącymi po błękicie nieba. Jej twarz była wyraźnie obojętna, lecz w oczach dostrzegałam tą dzikość, która była obecna za każdym razem, gdy ją spotykałam. Ręce miała skrzyżowane na piersi, a usta wygięła w gorzki uśmiech. 
Dostrzegła mnie, pomyślałam. Zawsze, gdy orientowała się, iż ktoś ją obserwuje robiła taką minę. Był to wyuczony już przez nią gest.
Jej oczy powoli i drapieżnie wędrowały ku mojej sylwetce. Znałam te oczy tak długo, że mogłam z nich wyczytać wszystko, ale nie dzisiaj, dziś było w nich wiele iskier dotąd mi nieznanych - groźnych i niepodatnych na moje słowa. 
- Neverli - rzekłam cicho. - co tu robisz? 
- Przyszłam się pożegnać i... 
Nie dałam jej dokończyć, ponieważ podbiegłam do niej i przytuliłam ją mocno. Nev była moją najlepszą przyjaciółką. Znałyśmy się tak dobrze, iż mogłam powiedzieć o niej wszystko. Po prostu. 
- Czemu odchodzisz? - spytałam. 
Dziewczyna spięła się, ale po jakiejś sekundzie rozluźniła i otuliła mnie ramieniem. 
- Ryunne, to nie jest normalne co się dzieje w Soul Society, a dzieje się źle i to... że chcą cię usunąć sobie z drogi, bo masz za dużą moc - co to za banalne wytłumaczenie? Nie wybaczę im tego, rozumiesz? To nie fair, ale... nie chciałam o tym z tobą porozmawiać. Teraz jest ważniejsza sprawa. 
Odsunęła mnie od siebie i spojrzała mi prosto w oczy. Przytrzymała moje ramiona - mocno i kurczowo. 
- O co chodzi, Never? - dopytywałam prawie szeptem. 
- Ryu, jeżeli kiedykolwiek uda ci się powrócić do Soul Society pamiętaj, że jeśli będziesz potrzebować pomocy zawsze, gdzieś będę w pobliżu. Zawsze pomogę najlepszej przyjaciółce, zawsze, rozumiesz? I mam taką nadzieję, iż jakoś wykombinujesz powrót, choć nie będziesz o tym wszystkim pamiętać - puściła moje ramiona i wyprostowała się zakładając ręce na boki. Uśmiechnęła się szeroko. - jesteś tak bystra jak ja, może nawet bardziej. Jesteś silniejsza ode mnie - i to jest prawdą. Możesz zdziałać jeszcze wiele, dlatego ufam ci bezgranicznie. To jak jesteśmy związane tu będzie oznaczać związanie tam - wskazała dłonią na Bramę Senkai. - Ta przyjaźń to wieczność Ryunne" 
Obraz pojawiał się przed moimi oczami tak wiele razy, że nie mogłam wytrzymać i zatoczyłam się do tyłu. Neverli, to ta Neverli, która zawsze była tą osobą, która w każdej sytuacji wyciągała pomocną dłoń. Zawsze pojawiała się znikąd. Czasami stawała się niewidzialna - w oczach obserwatorów. Nikt nie dostrzegał w niej szczerej nienawiści do Soul Society, aż do wtedy, gdy postanowiła odejść. Zdradziła nasze szeregi, lecz nie wstąpiła do żadnego z naszych wrogów, stała się po prostu kolejnym oddzielnym rozdziałem nieprzynależącym do ówczesnych przeciwników tego świata. Ukazała, że mają kolejną przeszkodę do usunięcia.
- Ryunne...
Usłyszałam głos Ichigo tuż przy uchu i zorientowałam się, iż zamiast upaść na podłogę spoczywałam w jego ramionach.
Odwróciłam leciutko głowę w jego stronę i rozluźniłam się widząc te brązowe, przerażone oczy, w których można było dostrzec także spokój.
- Ichigo... ja...
Nie mogłam wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku, ponieważ za posturą chłopaka pojawił się mój ojciec ze złym wyrazem twarzy.
Słyszałam jak na korytarzu ktoś biegnie, a potem wpada do pomieszczenia wyhamowując gwałtownie. Spojrzałam tam i dostrzegłam Renji'ego oraz Ruki'ę wpatrzonych w Kapitana Głównodowodzącego. Sam Genryusai rzucił im tylko przelotne spojrzenie.
- Ryunne Kenpachi, odroczę wyrok, ale - zatrzymał się na chwilę spoglądając spod przymróżonych oczu na mojego ojca. - przez najbliższy rok twoje miejsce będzie w Świecie Ludzi, w Karakurze. Razem z Kuchiki Ruki'ą i Kurosaki Ichigo będziesz utrzymywać tam porządek. Oczywiście masz zezwolenie na przebywanie w Soul Society, ale pod jednym warunkiem...
- Że nigdy nie użyję swej mocy na terenach Soul Society oraz Świata Ludzi - dokończyłam spuszczając wzrok na ziemię i splatając dłonie.
- Masz zezwolenie tylko i wyłącznie na shikai chyba, że... będziemy w krytycznej sytuacji i będzie potrzebny każdy kto ma ogromną moc - oznajmił.
Uśmiechnęłam się lekko i podniosłam głowę do góry. Wykrzywiłam usta gorzko i lekko zaśmiałam się.
- To i tak lepsze niż życie w niepewności, że kiedyś odzyskasz to co miałeś, teraz przynajmniej wiem, iż mogę bez żadnego lęku kroczyć po tym świecie. Teraz tak na prawdę odzyskałam wszystko co oczekiwałam. Odzyskałam wolność i dziękuję za to nie tobie Kapitanie Głównodowodzący, lecz mojej małej przyjaciółce Neverli. To dzięki niej przekonałeś się do tego, choć nadal masz wątpliwości co do swojego wyboru.
Mężczyzna odwrócił się na pięcie i bez żadnego słowa wyszedł z pokoju omijając Ruki'ę oraz Renji'ego, którzy ze zdziwieniem w oczach przyglądali się całemu zdarzeniu.
- Teraz czeka nas tylko oficjalne pozwolenie na powrót - orzekła Unohana.
Odwróciłam głowę w jej stronę.
- Nie wiem po co wędrowałam po kapitanach - mogłam wezwać Neverli i poprosić ją o zagranie takiej sceny.
Pani kapitan zrobiła oszołomioną minę.
- Wtedy to wszystko byłoby oparte na kłamstwie - powiedziała.
- Tylko żartowałam... - rzekłam pod nosem.
Tylko żartowałam. Nie posunęłabym się do takiego czynu. To wszystko byłoby fałszerstwem. Byłabym nieuczciwa wobec wszystkich. Takie coś nie dałoby mi życia w spokoju. Moje sumienie krzyczałoby nadmiernie w moim umyśle. Nie chciałabym tego.

Po jakimś czasie


Mogłabym powiedzieć - to wszystko było zaledwie wczoraj - a tak naprawdę stało się to tydzień temu. 
A co dokładnie?
Chodzi mi o spotkanie, oficjalne spotkanie z kapitanami wszystkich oddziałów i omówieniem mojego położenia. Podczas konwersacji doszło do sprzeczki Soi Fon - kapitanem 2 oddziału -, a Komamurą - kapitanem 7 oddziału. Kłótnia poszła o to, iż jestem wielce niebezpieczna, a także o ponowne wytarcie mi pamięci o tym wszystkim, lecz Komamura od razu rzucił się na panią kapitan 2 oddziału i zaczął wykrzykiwać, że to niedorzeczne. Oczywiście Soi Fon nie odpuściła przywódcy 7 oddziału i tak przez parę minut wymieniali wobec siebie różne dziwne zdania, a wszyscy zgromadzeni wpatrywali się w nich, jak w idiotów. Całą akcję zakończył Yamamoto wykrzykując "komendę" niczym do uczniów: spokój!
Potem zapanowała zapragniona cisza i zaczęto ponownie rozmowę na mój temat. Większość była za tym aby w jak najszybszym czasie przywrócić mi stanowisko i tak też się stało. Odroczono karę. Byłam w pewnym rodzaju wolna i szczęśliwa w duchu, iż mogę wędrować po tej ziemi. 
Teraz stałam przed Bramą Senkai. Za dosłownie parę sekund wraz z Ichigo mieliśmy powrócić do Karakury. 
Spojrzałam się na rudowłosego stojącego obok mnie i trzymającego za rękojeść Zangetsu. Jego palce jeździły po bandażach, aż zwrócił swe oczy w moją stronę i przekrzywiając głowę w bok uśmiechnął się szeroko. 
Odwzajemniłam ten gest i cicho westchnęłam szczęśliwa, że mam takiego przedstawiciela płci męskiej u swego boku. Kochałam go najbardziej w świecie. Mogłabym zabić aby być z nim. Wydrapałabym oczy temu kto zrobiłby mu jakąkolwiek krzywdę. I po ostatnie i najważniejsze - chcę być z nim do końca. Chcę go całować, trzymać za rękę, czuć jego oddech na plecach i dotyk miękkich, subtelnych warg na mych ramionach. 
I najlepsze jest to, że wiem, iż on pragnie tego samego. 
- Wpatrujesz się we mnie jak w jedzenie - powiedział z komizmem. 
Trzepnęłam go delikatnie w ramię i oboje wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. Wpadłam w ciepłe ramiona Ichigo, który oplótł mnie w okół taki i przyciągnął jeszcze bliżej. Staliśmy złączeni niczym jedna istota. Zlewaliśmy się ze sobą, bo byliśmy jedną duszą. 
- Wiesz, fajnie jest wpatrywać się w ciebie jak w jedzenie - rzekłam z chichotem. - smacznie wyglądasz jak na Shinigami. 
Wydałam przeciągły dźwięk, który brzmiał jak "mmm". Jego usta przywarły do mojego czubka głowy całując go czule. 
- A więc wcześniej, jako człowiek, nie byłem smaczny? - zapytał rozbawiony. 
Obróciłam się plecami do niego tak, że złożył dłonie na moich splecionych na piersiach i lekko smyrał je kciukiem. 
- Hmmm... można by powiedzieć, że w pewnym sensie byłeś, ale... ten ubiór Shinigami dodaje ci męskości oraz... smaczności - wymruczałam wtulając głowę w jego tors. 
Z klatki piersiowej chłopaka wydobył się uroczy śmiech. 
- Jesteś zabawna, Ryu - wyszeptał. 
Przyciągnął mnie jeszcze bliżej. Czułam jakbym wpadała w niego. 
- Nie martw się. Ty też.
Na te słowa szybko obrócił mnie w swoją stronę i momentalnie usta Ichigo znalazły się na moich. Zarzuciłam ręce na kark Kurosakiego, a on ułożył dłonie na moich biodrach. Nasz pocałunek dłużył się, ponieważ tak namiętnego i niezwykłego wyznania nie doznałam nigdy. Czułam jak nogi robią mi się miękkie i tracą grunt, dlatego też chwycił mnie w mocnym i pewnym uścisku.
Czułam się jak ptak wznoszący się na skrzydłach z powietrza. Jak woda brnąca korytem rzeki. Jak księżniczka na wieży, która spotkała księcia na białym koniu. To uczucie nie równało się z niczym. Było delikatne, ale zarazem mocne.
Trwaliśmy tak do momentu, gdy jeden z Shinigami nadzorujących powrót do Świata Ludzi odchrząknął zwracając naszą uwagę.
Oboje sapiąc z pożądania odwróciliśmy się w jego stronę. Był to jeden z tych typowych, słabych Shinigami bez przyszłości i choć szansy uzyskania Bankai.
Zdenerwowany i cały spocony drżącą dłonią przejechał po krótko ściętych włosach. Najwyraźniej był bardzo słaby, że w naszym otoczeniu już popadał w kakofonię bólu i cierpienia przez naszą niekontrolowaną moc ulatniającą się z nas. To prawda. W momencie pocałunku wypuszczaliśmy moc, nie kontrolowaliśmy jej. Dlatego też po krótkim spojrzeniu na zebranych zgadłam, że większość z nich była zdenerwowana i zachowywała się jak ten chłopak.
- Hmm... Kurosaki-kun będę musiał wpadać do Karakury co jakiś czas aby sprawdzić, czy na pewno nie zrobiłeś krzywdy mojej córce.
Na dźwięk głosu mojego ojca spojrzeliśmy w bok by go ujrzeć. Wyglądał tak jak zawsze, a na twarzy widniał szeroki uśmiech.
- Hah, wiesz mam nadal nadzieję na jakąś małą bitwę! - wykrzyknął zuchwale.
Ichigo zaśmiał się pod nosem.
- Chyba nawet wiem kto wygra, Zaraki! - powiedział unosząc nieco głos.
Ojciec ruszył w naszą stronę i stojąc już na przeciwko nas ułożył rękę na ramieniu Kurosaki'ego. Zrobił kamienną minę i wypowiedział słowa, o których nie mogłabym się spodziewać po nim.
- Opiekuj się moją córką, Ichigo-kun - wyszeptał. - i dbaj o nią na czas póki nie wróci pod moją opiekę.
- I tak też uczynię Kenpachi! - obiecał.
Zwróciłam oczy w stronę Zastępczego Shinigami, który wpatrywał się w mojego ojca z wielkim zainteresowaniem i zdziwieniem.
- Oto-san! Będę tęsknić! - powiedziałam.
Rzuciłam się na tatę wtulając się w muskularny tors. Oplótł mnie ramionami i pogłaskał po głowie.
- Na szczęście mogę do ciebie w każdym wolnym czasie przyjść, a teraz moi drodzy - Brama Senkai stoi otworem!
Spojrzałam na ojca ostatni raz z uśmiechem na twarzy i pogodnym wyrazem twarzy, i zapamiętując wszelki szczegół, chwytając rękę Ichigo weszliśmy w światłość.
- Teraz jeszcze trochę i mogę wrócić na zawsze - szepnęłam przekazując tą wiadomość tylko dla siebie.


wtorek, 29 października 2013

Rozdział 20

Od dwóch tygodni czytam mangę Bleach z faktu, że skończyłam anime, no to pora na mangę, prawdaż? I tak generalnie miałam problem, ponieważ nie mogłam znaleźć od pierwszego rozdziału, więc co zrobiłam? Czytam od 480 xD akurat w tym momencie zaczyna się arc - Tysiącletnia Krwawa Wojna :P Idealnie :) I ryczałam jak Izuru zginął - ludzie powiedzcie mi za jakie grzechy?
Tak Izuru jest jedną z moich ulubionych postaci i stwierdziłam, że i tak czy siak u mnie będzie żył, bo ja nie chcę jego śmierci! Co prawda innych, którzy zginęli w tym arc'u uśmiercę, tak jak pan Tite Kubo <3 Kocham tego kolesia, jest cudowny, dziękuję mu na kolanach za tak wspaniałe dzieło jakim obdarował swoich fanów :D 
Takie mini info: rozdział 25 - 30, gdzieś w tych granicach pojawi się Hueco Mundo, czyli porwanie Inoue i mała niespodzianka. Tak skończywszy Soul Society będzie leciało wszystko chronologicznie tak jak w anime oraz mandze, a więc: Hueco Mundo, walka z Aizenem w Karakurze, Fullbring oraz Tysiącletnia Krwawa Wojna. Oświadczam także, iż wcisnę, gdzieś pomiędzy własne wątki takiego typu, że wrzucę postaci z innych anime np. Hellsing, Kuroshitsuji itd. a więc przygotować się na dawkę nowości!
A i pojawia się postać z:
C'est la vie mon ami 
bloga, którego prowadzę z koleżankami :)
A teraz rozdział 20







""Oficjalna morderczyni Shinigami"?"


Zamiast spoglądać na Kapitana Głównodowodzącego moje oczy były utkwione w Ichigo. Chłopak patrzył na mnie błagająco. Usta mu drgały jakby chciał wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, lecz nic nie dosłyszałam. 
Zacisnęłam dłonie w pięści. Miałam ochotę o coś walnąć, a najlepiej o coś twardego. Pragnęłam w tej chwili bólu. Przełknęłam ślinę i wyczułam czyjąś obecność tuż u swojego boku. Zaczęłam się rozglądać, a inni przyglądali się moim czynnościom. W ciemnym koncie dostrzegłam te same ciemne, znajome oczy Apokalipsy, w których pobudzona była złość. Moja Zanpaktou bez opanowania wyskoczyła z mroku i wylądowała tuż przed Genryusai'em. Wszyscy wciągnęli głośno powietrze. 
Kurosaki patrzył to na mnie to na wściekłą Apo. Dostrzegłam w jej ruchach chęć mordu. Stała zaledwie parę metrów przed Yamamoto, który spojrzał na nią raz, a potem jego oczy znów spoczęły na mnie. 
- Ty stary, głupi, Kapitanie Głównodowodzący! - wrzasnęła z płaczem. - Jakim prawem nam to zrobiłeś?! Jakim prawem?! 
Apokalipsa miała coś w sobie takiego, że dostrzegałam kiedy ma ochotę się na kogoś rzucić ze swoimi ostrymi jak brzytwa pazurkami oraz kataną, która mogła przeciąć wszystko i wszystkich. Nasza moc w mniemaniu mojej zanpaktou była niewyobrażalnie wielka. Każdy kto stałby w mniejszej niż dwadzieścia metrów odległości od nas padłby, ale to tyczyło tych najsłabszych. Co do Shinigami rangi kapitańskiej czy vice kapitańskiej - oni  jakoś dawali sobie radę z tym. 
Staruszek nie odpowiedział na jej pytanie, więc ta postanowiła rzucić się na niego, lecz orientując się w tym co ona chce zrobić, prędkością shunpo podbiegłam do niej i stanęłam pomiędzy nią, a Genryusai'em. 
- Przestań! - krzyknęłam. 
Poczułam wyrazisty ból kości, stawów. Moje płuca jakby wybuchły. Rozdzielające cierpienia rzuciły mną o podłogę. Zwijałam się z bólu. Czułam jak głowa mi pulsuje, jakby ktoś odrywał mi ją. Złapałam się obiema rękoma po obu stronach czaszki i wydałam z siebie gardłowy dźwięk. 
Zacisnęłam mocno powieki. 
Wiedziałam, że klęczy obok mnie Kapitan Unohana, która przytrzymuje całą swoją siłą moje ręce, a zaś Isane pobiegła gdzieś. Ichigo trzymał moją głowę na swoich kolanach i delikatnie gładził mnie po włosach niczym siostrę i szeptał coś bardzo cicho. 
~ Ja tak bardzo ją kocham... ona... ona... nie może żyć w takich ubolewaniach... to nie dla niej, ona jest za delikatna... Ryunne, cholera, proszę zbudź się! ~ słyszę jego myśli w mojej głowie. 
Jakim cudem słyszę jego własne myśli, z którymi walczy wewnątrz siebie? To nie jest możliwe abym mogła dosłyszeć jego rozmyślania chyba, że... chyba, że...
- Jestem na skraju śmierci - szepczę nie swoim głosem. - Ja... umieram... i to wszystko przez...
Nie wypowiadam ostatniego słowa, lecz jedno imię huczy mi w głowie:
Genryusai'a Yamamoto, - nie nienawidzę, lecz stwierdzam, to wszystko przez niego! - tym potwierdzam. 

I to wszystko przez niego się stało, to jego wina. To on odebrał mi moce, odebrał mi Apokalipsę. Nie miałam tego co kochałam, żyłam w kłamstwie, a teraz... 

Teraz przyszedł czas na zemstę, Genryusai Yamamoto!

Teraz twoja kolej



**********************************


- To wszystko twoja wina! 
Ryunne wstaje na równe nogi i wskazuje na Kapitana Głównodowodzącego przy czym cała drga. W jej oczach widzę łzy, łzy pomieszane z krwią. Łzy bólu. 
Apokalipsa ówcześnie zniknęła, zapewne zaszyła się w swojej mistrzyni i wyczekiwała przyszłych zdarzeń. 
Ja nadal klęczałem na podłodze i spoglądałem z dołu na dziewczynę. Moje oczy rozszerzyły się mimowolnie powoli rozumiejąc jej słowa.
- Nie mogę uwierzyć, że śmiesz spoglądać na mnie takimi spokojnymi oczami! Znam cię dobrze, Genryusai Yamamoto! Tak jak każdego innego Shinigami rangi kapitańskiej! To nie jest wybaczalne... - załkała.
Osunęła się na kolana i zakryła dłońmi swoją bladą twarz. Słyszałem jak mówi coś pod nosem i przełyka ślinę. Przytuliłem ją do siebie. Poczułem jak jej ciało zesztywniało na mój ruch, lecz po chwili rozluźniła się i wtuliła w moje ramię. Od włosów Ryu pachniało krwią. Typowy metaliczny zapach wciągały moje nozdrza. Tak dobrze znałem to uczucie, gdy byłem poturbowany przez przeciwnika, pokaleczony, krwawiący, z bólem w sercu, ale także chęcią walki. Walka to coś co dawało mi świadomość tego, iż bronię tych, których kocham, a także swoich przyjaciół. 
Zderzenie dwóch innych miecz oznaczało bitwę o coś większego niż tylko władzę, ono było ochroną życia tych wszystkich ważnych ludzi w moim życiu. W moim zadaniu leży walka o spokój w Karakurze. 
- Ryu - szepnąłem. 
Dziewczyna odkręciła głowę w moją stronę. 
Jej oczy były przeszklone i takie smutne, że aż ścisnęło mnie za gardło. Sam poczułem tą doskwierającą rozpacz. 
Przymknąłem lekko powieki i uśmiechnąłem się lekko aby ona poczuła się doceniana. Przez taki gest na każdego twarzy pojawiłby się ten wesoły wyraz. 
Ryunne wtuliła się w moje kimono i przyciągnęła mnie do siebie. Jej łzy wsiąkały w materiał na wylot. 
- Ichigo, proszę zrób coś - wyszeptała. 
Raptem dziewczyna została wyrwana od moich objęć i znalazła się przy ścianie. Przerażenie malowało się na jej twarzy, a powieki miała rozszerzone do maximum. Spojrzenie utkwione w sylwetce Kapitana Głównodowodzącego, który spoglądał na nią jak w każdej innej sytuacji na wszystkich innych. 
- Czemu zrobiłeś to?! - wrzasnąłem.
Zerwałem się na równe nogi i miałem ochotę zaatakować Genryusaia, lecz gdybym tak zrobił zniszczyłbym zaufanie innych do mnie.  
Yamamoto rzucił mi przelotne spojrzenie i musnął dłonią rękojeść katany. Nie wiedziałem co zamierza, lecz to co zrobił Ryunne nie równało się z niczym gorszym. Czy oni oboje mają do siebie żal? Za to wszystko co się stało? To nie była niczyja wina. Ani jej, ani jego. On musiał ją wygnać po to aby Centrala 46 nie zabiła jej, bo to jej groziło. 
- Musiałem, Kurosaki Ichigo. To nie jest osoba, której warto ufać - wytłumaczył Genryusai z posępną miną. 
- Słucham? - spytałem razem z Unohan'ą.
Zwróciłem wzrok na kapitan czwartego oddziału, która stała jakby gotowa do ataku. Widziałem w jej zawsze spokojnych oczach oburzenie.
Gotowałem się w środku. Moja skóra mrowiała, a ciało drgało nadmiernie.
- Kenpachi Ryunne, jest osobą, która nie powinna tu przebywać, powinna zginąć już dawno - rzekł "zadowolony" z siebie Genryusai.
Serce w mojej piersi zabiło cztery razy szybciej, tak niespokojnie i burzliwie. Miałem tak wielką ochotę wykrzyczeć w jego twarz tyle obrzydliwych słów, lecz nie zrobiłem tego, bo... ujrzałem nieznany mi cień pod drzwiami. Poruszał się szybko i zwinnie niczym wąż, aż wyłoniła się tuż obok Ryu postać z ciemnymi krótkimi włosami. Klęczała przed dziewczyną i dotykała jej kolana. 
Ryunne spoglądała na nią szeroko rozwartymi oczami. 
- Widzę, iż nasz drogi Kapitan Głównodowodzący dobrze się bawi... - oznajmiła ostrym głosem. 
Przesunęła głowę w bok i spojrzała na nas. Jej czarne niczym popiół oczy były tak łudząco podobne do koloru Ryunne, że gdyby nie jasność umysłu, padłbym na kolana. To było dziwne - jej wzrok był tak magnetyzujący, iż nie mogłem oderwać spojrzenia od tej małej i dzikiej istoty, od której wyczuwałem wielką nienawiść. 
- Kimże jesteś? - zapytał Yamamoto. 
Shinigami zaśmiała się i powstała. Miała na sobie takie kimono jak prawie każdy członek jakiegokolwiek Oddziału. Nie wiem czemu, ale jej włosy były przeraźliwie podobne do takich jak ma Rukia, nawet była niska tak jak ona!
- Ja? - wskazała na siebie kpiąco palcem, a na jej twarzy zawitał chytry uśmieszek. -  Jūshirō Neverli, "oficjalna morderczyni Shinigami"
Jūshirō?, pomyślałem. Jak to Jūshirō? 
Czyżby Ukitake miał córkę? I to morderczynię Shinigami? 
To jest dziwne spoglądać na dziewczynę, która najprawdopodobniej jest spokrewniona z tym jakże najmilszym członkiem Gotei 13, a gada jak pokręcona. 
- "Oficjalna morderczyni Shinigami"? - wydukałem zszokowany powtarzając jej słowa. 
Zwróciła na mnie swe czarne oczy i zaśmiała się cicho. Dojrzałem jak za jej plecami podnosi się z ziemi Ryu ze skwaszonym wyrazem twarzy, lecz nie spoglądała na intruza z jakimś obrzydzeniem, lecz.... z szacunkiem. Czyżby one się znały?
- Tak, Kurosaki Ichigo - odpowiedział za nią Genryusai. - Neverli zabija Shinigami po to aby "zaprowadzić spokój na tym świecie" jak to oznajmiła w dniu zabicia pierwszych swoich ofiar. Jej zdaniem, Shinigami nie pomagają, lecz zatrzymują cały proces. Oni tylko wszystko niszczą, my wszystko niszczymy.
To co powiedział Staruszek zszokowało mnie. Była to dziewczyna, która miała własny światopogląd, w moim mniemaniu niezbyt inteligentny i oryginalny. W Świecie Ludzi nie takie rzeczy się zdarzały. 
- Ojej, czyżby Seireitei obawiało się jednej, kruchej i takiej małej istotki jak ja? - zapytała kpiąco i prychnęła. - proponuję znieść c a ł k o w i c i e  wyrok na Ryunne, ponieważ gdy tego nie poczniesz mogę odnaleźć w niej swego sojusznika, więc - działaj, Staruszku...
I znikła. 

wtorek, 8 października 2013

Rozdział 19

Szczera wypowiedź Neverli: Ten rozdział to istne zagmatwanie, poplątane, niezrozumiałe, bo pisałam to długo, no ale jak jest to jest nie powinnam marudzić - mam nadzieję na pozytywne komentarze... xD




"[...] Bo to coś więcej niż miłość [...]"

- Kurosaki-san! Co tu robisz? - spytała mnie Isane stojąca tuż przed wejściem do baraków czwartego oddziału.
Ścisnąłem mocniej Ryu i przycisnąłem ją do piersi. Czułem jak robi się raz gorąca, raz zimna. To co się z nią działo było nienormalne. Jej temperatura momentalnie się zmieniała, skakała to w górę to w dół. Spojrzałem na porucznik tegoż oddziału.
Kotetsu Isane była bardzo wysoka, jak słyszałem była najwyższą kobietą w Soul Society. Jej krótkie, srebne włosy były ułożone tak jak zawsze, a miała na sobie tradycyjne, czarne kimono.
Wyraz twarzy Kotetsu wyrażał zdziwienie i niepokój, gdy jej oczy ujrzały drobną istotę w moich ramionach.
- Isane, zaprowadź mnie prędko do kapitan Unohany - rzekłem w jej stronę.
Dziewczyna kiwnęła głową i otworzyła drzwi tak abym wszedł pierwszy do środka i tak postąpiłem. Później wkroczyła ona i ruszyła przed siebie nakazując tym gestem podążać za nią.

***

Położyłem Ryu na jednym z łóżek w pomieszczeniu, gdzie było ich około dwudziestu, a na nielicznych leżeli Shinigami. Przed wejściem do tego miejsca spotkałem Hanatarou, który widząc mnie był uradowany, lecz spoglądając na córkę Kenpachi'ego zmieszał się i prędko odszedł. Teraz zorientowałem się, że ujrzał jej puste oczy, które były potwornie przekrwione.
Kotetsu powiadomiła mnie, że idzie wezwać kapitan Unohan'ę i wyszła z tego pokoju pachnącego ziołami.
Ja usiadłem na krześle stojącym tuż przy miejscu, gdzie spoczywała Ryunne i westchnąłem. Zamknąłem oczy i zamyśliłem się.
Ryu co to było? Czemu ciągle coś jest nie tak? Czy to przeze mnie? Czy to wszystko moja wina? Ryunne, Ryunn, czarnowłosa córko Zaraki'ego, co się dzieje? 
Usłyszałem szloch dobiegający jakby z mojego umysłu. Szloch, który wywoływał u mnie ciarki. Czułem jak włoski stają mi dęba. Rozszerzyłem powieki i zobaczyłem jak Ry zwija się z bólu. Włosy miała mokre, a oczy zamknięte. Usta wyginały się w grymasie. Zagryzała wargę zębami tak mocno, aż zraniła swoje usta.
Prędko uklęknąłem przy tapczanie i przytuliłem ją najdelikatniej jak potrafiłem. Była taka mokra, mokra od zimnego potu. Teraz była cała lodowata, a puls, który czułem tuż pod brodą zanikał. Stawał się coraz rzadszy.
Jeden, 
dwa, 
trzy, 
cztery, 
pięć, 
sześć
Sześć odbić na minutę?! - wrzasnąłem w umyśle. Przecież ona umiera! To nie jest możliwe! To nie może być tak!
I w tym momencie usłyszałem trzask drzwi i kroki.
- Ichigo-kun, odsuń się i daj mi się przyjrzeć kobiecie - powiedziała delikatnym głosem Unohana.
Odsunąłem się jak najbardziej ostrożnie od Ryu i poczułem, że jestem mokry... od łez, zadźwięczały mi w głowie te słowa. Tak, od łez. Wytarłem wierzchem dłoni ciecz i spojrzałem na kapitan czwartego oddziału, która stała niczym posąg przyglądając się postaci spoczywającej na leżance.
- To jest... - wyszeptała dotykając ręki Ryu.
- Ryunne Kenpachi, Unohano - wtrąciłem się.
Kobieta zwróciła wzrok na mnie.
Niebieskimi oczami lustrowała mnie na wskroś. Czarne, długie włosy jak zawsze miała splecione na piersi w warkocz. Ubrana w kapitańskie haori, a także obi. Obok niej stała Isane z kataną kapitan w dłoniach.
- Kurosaki Ichigo, wiem to. Znałam tą dziewczynę bardziej niż ci się zdaje. Była dla mnie kimś na prawdę ważnym, a teraz jest w takim stanie... - orzekła półgłosem i przymknęła oczy.
- Czy ona... - chciałem o coś zapytać, ale ona mi przeszkodziła.
- Nie martw się, wyjdzie z tego... to tylko coś w rodzaju ataku, już kiedyś miewałam to u niej i szybko wracała do dawnej wesołej Ryunne. Później mi także wytłumaczycie jak tu się znalazła. Nie powinno jej tu być, a teraz proszę cię, wyjdź stąd... muszę się skupić.
Zrezygnowany, ze łzami gromadzącymi się w oczach wyszedłem z pomieszczenia trzaskając za sobą drzwiami. Zamiast stanąć tuż obok nich wybiegłem na podwórko aby odetchnąć świeżym powietrzem. Byłem już przy wyjściu szarpnąłem nimi, ale gdy ujrzałem kto stał za nimi znieruchomiałem.
Genryusai Yamamoto, Kapitan Głównodowodzący, sprawca wygnania Ryu. 
Moje źrenice rozszerzyły się, a w moim sercu pojawił się gryzący niepokój.
Staruszek odwrócił się w moją stronę, ponieważ wcześniej stał do mnie tyłem.
Mężczyzna, stary mężczyzna spoglądał na mnie spokojnymi, opanowanymi czerwonymi oczami. Jego długa biała broda jak zawsze układała się na klatce piersiowej, a długie białe brwi uniosły się w znaku zdziwienia. Haori miał zarzucone na ramiona.
- Yamamoto Genryusai - zwróciłem się do niego załamanym głosem.
Po raz pierwszy w swoim życiu nie wyraziłem się w jego stronę "staruszek". Byłem przerażony tym, iż przywódca całego Seireitei może odkryć obecność Ryu.
- Kurosaki Ichigo - przywitał mnie. - Co tu robisz, Zastępczy Shinigami? Czyż nie powinieneś teraz przebywać w Karakurze aby ją chronić? - dopytywał stonowanym głosem.
Drgnąłem na jego słowa i cofnąłem się o krok.
- Przybyłem tu na krótką chwilę... mam parę rzeczy tu do załatwienia... - zajęknąłem się.
Oparłem rękę o framugę i opuściłem głowę. Wsłuchiwałem się w swoje niemiarowe bicie serca.

*******************************

Ból. 
Kłucie. 
Łzy. 
Strach.
Stałam na środku jałowej pustyni. Moje nogi były gołe, kaleczyły się o ostre kamienie. Niebo było pokryte czarnym płótnem, na którym wymalowane były "martwe gwiazdy". Pragnęłam postawić jeden krok na przód, ale po moim ciele rozszedł się przeraźliwy ból. 
Wrzasnęłam. 
Upadłam. 
I na horyzoncie ujrzałam idącego Ichigo, którego kimono rozwiewał wiatr. W ręku trzymał katanę, która nie przypominała katany, lecz wielki nóż, którego rękojeść była owinięta tylko bandażem. Chłopak rozglądał się dookoła jakby kogoś szukając, aż jego brązowe oczy spoczęły na mnie. Kurosaki zaczął biec w moją stronę, ale nie używał shunpo tylko zwykłego, ludzkiego biegu. Gdy odpychał się od podłoża wokół niego powstawała chmura kurzu. 
Po chwili trwającej dla mnie wieczność stał przy mnie i ukucnął. Wyciągnął rękę w moją stronę. Chwyciłam ją i wraz z nim uniosłam się do góry. Wpadłam w jego silne ramiona i otuliłam go żelaznym uściskiem tak abym nigdy w życiu go nie straciła. 
- Nie płacz, Ryu - wyszeptał mi do ucha. 
Dopiero odkryłam, że z moich oczu kapały łzy, które wsiąkały w jego kimono. Ściskałam go za materiał jakbym pragnęła go zerwać z niego i dotknąć ciepłego torsu Ichigo. Chłopak ucałował mnie czule w czubek głowy, a po chwili podniósł mój podbródek do góry tak abym mogła spojrzeć w jego oczy, w których ginęłam. Uśmiechnął się lekko i wziął mnie w ramiona. Wydawało mi się, że dla niego byłam lekka niczym piórko. 
Zaczęliśmy iść na północ. 

Obudziłam się z krzykiem, cała zalana zimnym potem. Siedziałam na tapczanie w jakimś pomieszczeniu. Rozejrzałam się dookoła i ujrzałam Isane oraz kapitan Unohanę, ujrzawszy je wytrzeszczyłam oczy. Rozszerzyłam usta w zdziwieniu pomieszanym ze strachem.
Kapitan czwartego oddziału uśmiechnęła się do mnie lekko tak jak kiedyś. Wciągnęłam powoli do płuc powietrze tak aby nie zadławić się nim. Przymknęłam oczy i opadłam na poduszki. Czułam jak w moim gardle wzbiera się ślina.
- Ryunne-san.
Usłyszałam nad uchem miękki głos Unohany. Rozszerzyłam delikatnie powieki i przyjrzałam się ponownie kapitan Retsu. Nie dziwił mnie jej warkocz z przodu, a także te nadzwyczajnie spokojne oczy nie wyrażające nic.
- Unohana-san, czy... - zaczęłam, lecz mój głos załamał się.
W moje oczy wpadła postać stojąca w drzwiach, a był to kapitan Głównodowodzący, akurat, gdy nie zdobyłam poparcia wszystkich kapitanów, akurat, gdy... nie jestem na siłach.
Obok niego stał Ichigo, który przerażony miał wlepione oczy we mnie. Przełknęłam ślinę i podsunęłam nogi pod brodę.
Bałam się o to co teraz może się ze mną stać.
Zaczęłam zgrzytać zębami, a do moich oczu napływały łzy. Nie chciałam stanąć właśnie teraz twarzą w twarz z Yamamoto Genryusai'em. Jak zawsze nie potrafiłam odczytać jego nadmiernie opanowanej maski.
W mojej głowie krzątały się różnorodne myśli, poczynając od tego co ze mną będzie i zarazem kończąc na tym jak przeżyje to Ichigo. Kochał mnie, a ja jego. Nie wybaczyłby tego Kapitanowi Głównodowodzącemu, zrobiłby wszystko aby mnie pomścić, ale... czemu tak sądziłam?
Przecież Kurosaki mógł także w inny sposób zareagować, lecz coś w głębi mnie mówiło, że on zrobiłby wszystko dla mnie, a nawet zabiłby najwyżej stojącą osobę w Soul Society. Bo to coś więcej niż miłość.
Czułam to. Czułam więź od samego początku. To więź łącząca nas oboje. Linia, której nie da się rozerwać. Będzie trwała, aż do samego końca, ponieważ jest w naszej dwójce pewien istotny drobiazg owocujący tym co narodziło się pomiędzy nami. Nie miałam pojęcia cóż to za czynnik, lecz teraz widziałam go przed oczami, patrząc na niego wyczuwałam przepływ energii, który ówczesnie był nikły, a teraz przerastał wszystko.



środa, 25 września 2013

Rozdział 18

A jednak - napisałam. Coś dzisiaj mnie naparło napisanie może to, że przez dzisiejszy dzień myślałam tylko o Ryu i Ichim? Nie wiem, ale jest długo oczekiwany rozdział, a więc - zapraszam do lektury!




"Ona była pierwsza i w moich oczach ostatnia, choć miałem jeszcze długie życie przed sobą."


Szliśmy do baraków jedenastego oddziału, ponieważ robiło się późno. Słońce zachodziło rzucając różnokolorową poświatę na niebo tworząc obraz jak z bajki. Przypomniały mi się dni w Karakurze, gdy tak na prawdę ta gwiazda wyglądała poważnie, a tutaj jej promienie rozsiewały się po całym Soul Society, takie wesołe promyki i ciepłe zarazem. Tutejszy świat był piękniejszy. Było tu tak wiele niezwykłych miejsc, które niegdyś kochałam i znałam niczym własną kieszeń.
Wyciągnęłam rękę ku niebu z chęcią dotknięcia błękitnego płótna umalowanego różem, pomarańczem, czerwienią, żółcią oraz fioletem. Zapragnęłam stanąć i zacząć wpatrywać się w tą piękną część dnia...
Poczułam na nadgarstku czyjąś zaciśniętą dłoń. Spojrzałam na niego przymrużając oczy.
Ichigo wpatrywał się we mnie z uśmiechem na twarzy. Przekrzywił głowę lekko w prawo, spoglądając mi prosto w oczy.
Moje usta samowolnie wygięły się w uśmiechu.
- Idziesz? - zapytał cicho.
Rozejrzałam się dookoła. Nie dostrzegłam nigdzie ani Renji'ego ani Ruki. Oboje zniknęli mi z oczu.
Chciałam się go zapytać, gdzie oni się podziali. Już miałam wydobyć z siebie pierwsze litery, gdy jego palec wylądował na moich ustach. Przymknęłam je i patrzyłam na niego z ciekawością, która zapewne malowała się na mojej twarzy.
- Poszli do Zaraki'ego poinformować go, iż porwałem cię na jakiś czas - wytłumaczył.
Wyprostował się i chwycił moją dłoń. Zdjął palca z moich warg i zaśmiał się cicho zamykając oczy i wyszczerzając się w pięknym, szerokim oraz szczerym uśmiechu.
- A czy porwanie nie jest przestępstwem? - zapytałam zakładając ręce na piersi na krzyż.
- W moim wykonaniu nie, Ryu - szepnął zniżając głos.
Zniżył swoją twarz do mojej przybliżając się niekomfortowo blisko. Czułam jego oddech na swojej twarzy.
Spoglądaliśmy sobie prosto w oczy. Nasze czoła były o siebie oparte, a ręce miał na moich ramionach. Przy nim czułam się potwornie niska, on musiał, aż tak bardzo zniżać swoją twarz. Włosy opadły mu tak, że stykały się z moją delikatną skórą.
Nasze usta tak blisko.
Nasze serca tak blisko.
Nasze ciała tak blisko.
Nasze oczy tak blisko.
Nasze oddechy tak zmieszane.
Panikowałam bardziej niż przy naszym pierwszym zbliżeniu. Moje serce tak łomotało, a oddech miałam niespokojny.
Zamiast złożyć pocałunek na moich ustach, jego ciepłe, miękkie wargi ucałowały moje rozpalone czoło. Trwaliśmy tak w bezruchu przez parę minut, aż chłopak ścisną mocno moją dłoń i pociągną w znaną mi stronę - Wzgórza Sōkyoku*, na którym tradycyjnie odbywały się egzekucje Shinigami łamiących prawo. 

************


Chciałem zaprowadzić ją na wzgórze i spędzić z nią wieczór. Pragnąłem opowiedzieć jej o tym, że potrafię się hollowfikować, ale także coś wewnątrz mnie miało ochotę na poznanie mocy Ryunne. Zastanawiało mnie jak wygląda jej Shikai oraz Bankai, a także to jak wielką ma moc. Z tego co mówił Urahara - moc Ryu była większa niż samego Kapitana Głównodowodzącego, dlatego też fascynowała mnie ta dziewczyna. Ale... nie chciałem tylko po to spędzić z nią czasu... chciałem po prostu być blisko niej... znów ją pocałować...

Byliśmy u stóp wzgórza przy, którym przypomniałem sobie dzień, w którym osiągnąłem Bankai oraz pokonałem Byakuyę, a także pojawił się mój wewnętrzny Hollow. Niepamiętny dzień, dzień, który na zawsze utkwi w moi sercu. Wtedy uratowałem Rukię i byłem z siebie dumny. Wtedy Aizen, Tousen oraz Gin oświadczyli, że odchodzą z Seireitei do Hueco Mundo, a także Aizen "wyjął" z Rukii Hougyoku**. Ten dzień uświadomił mi, że nie jestem niesamowicie silny. Gdy moje ostrze zderzyło się ze skórą Aizena nawet nie zostawiło zadraśnięcia, w tym momencie byłem bezsilny.
- Po co tu przyszliśmy? - wyszeptała Ryu ściskając mocniej moją dłoń.
Spojrzałem w jej stronę i uśmiechnąłem się. Przed paroma minutami zaszło słońce, a całą okolicę otulał mrok rozświetlony jasnym światłem rzucającym od lamp. Ryu także była pochłonięta przez czerń, lecz widziałem te jej niebieskie oczy, które wszędzie bym dostrzegł. 
- Chcę trochę pobyć w tym miejscu... ono przypomina mi o pozytywnych, ale także negatywnych zdarzeniach - odpowiedziałem.
Dziewczyna kiwnęła nieznacznie głową, ale jej ślepia spoczęły ponownie na mnie. 
- Ichigo, jakie zdarzenia? - zapytała.
Spojrzałem w niebo pokryte szarymi chmurami, a po chwili moje oczy spoczęły na jej twarzy. 
Westchnąłem i podszedłem do niej łapiąc ją za obie ręce, ale nie spoglądałem na nią tylko na swoje nogi. Swoimi palcami jeździłem po jej delikatnych i miękkich dłoniach, które w dotyku były niczym delikatny kwiat sakury. 
- Ryu, ty... - zaciąłem się, ale zebrałem siłę w sobie aby mówić dalej. - nie wiesz o mnie za dużo. Nawet nie masz pojęcia o tym kim tak na prawdę jestem, jaką mam moc... 
Przerwała mi podnosząc mój podbródek do góry dłonią, którą wyswobodziła z mojego uścisku. Na jej twarzy widniał lekki uśmiech. Stanęła na palcach i... pocałowała mnie z trudnością w czoło, ponieważ dzieliło nas wiele centymetrów. Byłem od niej o wiele wyższy, a ona u mojego boku wyglądała niczym elf, lecz w porównaniu z Rukią była o wiele większa. Rukię można by uważać za chochlika bądź dziecko, które gania gdzieś pomiędzy twoimi nogami, ale zaś Toushiro był jeszcze mniejszy - to taki mały, biały robak. Biały Robak - Hitsugaya. 
Ryunne mógłbym uznać za wysoką, ale nie chciałem. Drobna Ryu mi wystarczała. Tylko jej chciałem. Tylko w jej oczy pragnąłem spoglądać. To ona dodawała mi odwagi do miłości, ponieważ nigdy nie kochałem nikogo spoza rodziny. Ona była pierwsza i w moich oczach ostatnia, choć miałem jeszcze długie życie przed sobą. 
- Ichigo... - wyszeptała mi do ucha stojąc na palcach. 
Nie dzieliły nas centymetry, nie dzieliła nas próżnia. Po prostu byliśmy blisko. Staliśmy niczym posągi słuchające bicia serca drugiej osoby. Wciągaliśmy swoje zapachy aby zapamiętać je na wieczność. Napawaliśmy się każdym zetknięciem się gołej skóry. Staliśmy wtuleni w siebie. Nie potrafię wytłumaczyć kiedy otuliłem ją swoimi ramionami albo kiedy ona to zrobiła. Instynkt, pomyślałem chowając twarz w jej włosach. 
- Nie muszę wiedzieć o tobie niczego, a i tak cię kocham - rzekła półgłosem tworząc wibracje na moim uchu pod wpływem jej słów. - Wiedz, że nawet najstraszniejsza prawda mnie nie odstraszy, bo... - zacięła się. 
Czułem jak robi się cała gorąca. Zesztywniała. Odciągnąłem ją od siebie i ujrzałem, że z jej oczodołów sączy się bordowa krew. Dziewczyna była oblana potem, a ja panikowałem. 
- Ryu! - wrzasnąłem nieopanowany. 
Córka Kenpachiego dostała drgawek, a z jej buzi zaczęła wylewać się krew. Bez zastanowienia nad tym co robię prędko wziąłem ją na ręce i skierowałem się w stronę baraków czwartego oddziału. Nie obchodziło mnie to, że w ten sposób możemy się zdradzić. Teraz interesowało mnie tylko i wyłącznie życie dziewczyny, która była dla mnie całym życiem. 
Użyłem shunpo i niespokojny wkroczyłem na teren kapitan Unohany. 


*Wzgórze Sōkyoku - jest charakterystycznym, dużym, skalistym płaskowyżem, mieszczącym się w centrum Seireitei, w Soul Society, gdzie oferuje widok na Senzaikyū(忏 罪 宫, Wieża Żalu).


** Hōgyoku (崩玉, Klejnot Zniszczenia) jest unikalną substancją w formie małej kulki, która była stworzona w celu zatarcia granicy między Shinigami i Hollowami oraz przyznanie innych mocy.




czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozdział 17

Wybaczcie, ale ostatnio nie mam weny, a jak najszybciej chcę skończyć wątek z Soul Society i rozpocząć Hueco Mundo bo mam na to wielką wenę.
I oświadczam, iż od rozpoczęcia roku szkolnego będę pisać najwięcej dwa razy w tygodniu, a gdy będę mieć więcej czasu to postaram się więcej pisać. Pewnie i tak pierwszy tydzień będzie luźny, ale muszę się wziąć za naukę, gdyż trzeba zapracować na konie.
Jeżeli chodzi o ten wątek Hueco Mundo to będzie tak jakby druga część całej opowieści potem będzie jeszcze trzecia, a być może nawet i czwarta, ale to daleka przyszłość ^.^


"[...] Wiem, że nie możesz uwierzyć w to, że tu jestem [...]"

Stanęliśmy przed bramą koszarów oddziału trzynastego. Przed wejściem stała dwójka Shinigami. 

- Chcielibyśmy spotkać się z Ukitake - powiedział Renji.
Tamci kiwnęli głowami i otwarli szeroko drzwi. Wkroczyliśmy na teren tegoż oddziału. 
Dobrze zapamiętałam to miejsce - wokół Ugendo* znajdował się staw, w którym były umieszczone karpie Koi, skradzione z rezydencji Kuchiki przez Yachiru. 
Na samą myśl pojawił się u mnie uśmiech na twarzy. Pamiętałam jak krzyczałam na różowowłosą aby tego nie robiła ponownie, lecz to nie działało na nią. W końcu była jeszcze dzieckiem. 
Szliśmy dróżką do miejsca, gdzie Ukitake przesiadywał swe choroby, czyli do Ugendo. Nikt nam nie przeszkodził w tym, że kroczyliśmy do kapitana. Zazwyczaj Kiyone oraz Sentaro martwili się, aż zanadto o Ukitake i nie pozwalali na wizyty, lecz teraz zapewne byli na jakiejś misji.  
Zapukaliśmy w drzwi zza, których usłyszałam znajomy głos.
- Proszę! - zawołał.
Ichigo otworzył je i weszliśmy do środka. 
W centralnej części siedział po turecku białowłosy mężczyzna o przenikliwych brązowych oczach. Jego brwi były czarne. Włosy sięgały mu do pasa, a miał je rozpuszczone. Jak zawsze miał grzywkę opadającą na prawe oko. Miał na sobie białe, kapitańskie haori, które było zarzucone na zwykły strój Shinigami. 
Ukitake uśmiechnął się co rozświetliło jego bladą twarz. Najwidoczniej ostatnio Juushiro znów ma nawroty choroby. Pamiętałam jak kiedyś opiekowałam się nim, gdy stan jego zdrowia krytycznie się pogorszył, a Kiyone wraz z Sentaro potrzebowali mojej pomocy. Od razu się zgodziłam, gdyż chciałam być jak najbardziej przydatna przy Ukitake. 
"- Kuro**! - krzyknęła Kiyone. 
Zawsze byłam nazywana Kuro, ponieważ nikt nie znał mojego prawdziwego imienia, a to przezwisko tyczyło się między innymi moich czarnych jak noc włosów.
Dziewczyna biegła w moją stronę z poważnym wyrazem twarzy. 
Stanęłam na środku korytarza jedenastego oddziału, właśnie zmierzałam do swojego pokoju. 
Kotetsu wyhamowała tuż przede mną zadyszana. Podniosła wzrok czarnych oczu na mnie. Przeczesała palcami krótkie, ciemnoblond włosy i westchnęła. Kiyone była średniego wzrostu, niewiele niższa ode mnie. 
- Tak, Kiyone-san? 
Oficer trzeciej rangi podniósł głowę wysoko do góry i wyprostowała się. 
- Czy mogłabyś nam pomóc przy kapitanie Ukitake? - zapytała opanowanym głosem. 
- Z przyjemnością - odpowiedziałam. - Czy kapitan gorzej się czuje? 
Dziewczyna pokiwała głową i wciągnęła powietrze. 
- Choroba daje się we znaki, a my musimy czym prędzej iść na jakąś misję...
- Dlatego potrzebujecie mnie? - wcięłam się.
- Hai!
- Dobrze, to chodźmy."
Tamtego dnia Ukitake prawie ciągle spał, lecz budziły go napady krwawego kaszlu. Przynosiłam mu wtedy ciągle ręczniki i szklanki z wodą, a gdy poczuł się lepiej rozmawiał ze mną. Jego rozmowy najczęściej prowadziły do moich relacji z ojcem i tego jak sobie radzę jako Shinigami. 
- Co was tu sprowadza? - zapytał miękkim głosem. 
Spoglądał na wszystkich po kolei, aż jego wzrok spoczął na mnie. Raptownie kapitan zbladł, a jego uśmiech stał się tylko wspomnieniem. Oczami patrzył prosto w moje. Stałam jak sparaliżowana. Miałam ochotę zwymiotować. Coś ściskało mnie w żołądku i wypychało na zewnątrz ten organ, lecz nic się nie stało. 
Dawno nie spoglądałam na Ukitake. Ostatnio było to około roku temu, gdy Yamamoto skazał mnie na wygnanie. Wtedy to Juushiro powiedział, że nie mam się o co martwić, ale ja się nie martwiłam. 
- Ryunne - wyszeptał poruszony.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Tylko proszę nie zemdlej! - powiedziałam ostrzegawczo.
Czasami tak się działo, że kapitan mdlał, gdy dowiadywał się o szokującej rzeczy. W tym momencie także mogło się coś takiego wydarzyć i tego się obawiałam. 
Mężczyzna wstał z podłogi i wyprostował się. Białowłosy był wysoki i odrobinę wychudzony przez swoją przypadłość chorobową. 
- Spokojnie, Ryu-chan! - krzyknął ze śmiechem. - Czuję się bardzo dobrze, nie dość, że widzę osobę, która nie powinna tu być. 
Zamknęłam oczy i westchnęłam. 
- Wiele się zmieniło, Ukitake-san - powiedziałam pod nosem. - w moim życiu. 
- Na pewno, ale skąd się tu wzięłaś? - spytał spokojnie. 
- Za sprawą Urahary tu trafiłam. On zdjął ze mnie pieczę Pomógł wrócić tak jak Ichigo, Rukia oraz Renji. Pragnę znów stanąć w szeregach Gotei 13.
I zaczęłam tłumaczyć.

**********
Ukitake zgodził się prawie, że od razu. Bez żadnej dyskusji. 
Po krótkiej, zawziętej rozmowie pożegnaliśmy się z kapitanem i wyszliśmy z Ugendo. Przez pewien czas moje oczy spoczywały na Ichigo, którego twarz była, aż za bardzo poważna. Przypomniałam sobie nasz pocałunek, który chciałam aby trwał wiecznie. 
Czy ja kochałam go?
Tak. Czułam to w głębi serca. Mój instynkt wmawiał mi to. 
Podeszłam do rudowłosego i złapałam go za rękę. Chłopak spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko. Ścisnął mocno moją dłoń i uniósł ją do ust aby złożyć na niej pocałunek.
- Idziemy do Toushiro? - zapytałam. 
- Tak - odpowiedział krótko.
Patrzyliśmy sobie prosto w oczy, aż on odwrócił wzrok w inną stronę. 
Przeszliśmy przez bramę trzynastego oddziału. Przemierzaliśmy chodnikiem drogi Seireitei prowadzącej do dziesiątego oddziału. 
- Tosiu zawsze był taki poważny, a jak mówiłam, że osądzając po jego rozmiarach ma kompleks mniejszości na co on kazał mi tego tak nie określać... - rzekłam cicho śmiejąc się pod nosem.
- Mnie każe mówić na siebie "Hitsugaya taicho", ale i tak zawsze ignoruję jego preteksty w tej sprawie - oznajmił. 
Czułam jego ciepło bijące od ciała będącego około dziesięć centymetrów od mojego. 
- Cały Hitsugaya... mnie jakoś zezwolił przejść na "ty", ale to była długa droga.

***********

Przechodząc przez bramę dziesiątego oddziału usłyszałem głos Matsumoto, która rozmawiała gdzieś niedaleko z jakimś Shinigami. Stawiając jeszcze parę kroków dostrzegłem ją stojącą na przeciwko jakiegoś chłopaka, który miał przestraszoną minę. 
Rangiku chyba wyczuła na sobie mój wzrok bo spojrzała na nas i zrobiła tą swoją szczęśliwą minę, ale gdy jej oczy padły na Ryunne zdziwienie wyrysowało się na jej twarzy. 
Wszyscy stanęliśmy, Matsumoto zmierzała w naszą stronę. 
Jej długie, lekko falowane włosy miały rudy kolor. Rangiku miała krągłe kształty, a przede wszystkim nienaturalnie wielkie piersi. Ubrana w typowy strój Shinigami, który nosi luźno przy czym odkrywa sporą część dekoltu. Na szyi jak zawsze miała złoty naszyjnik schowany pomiędzy jej piersiami, a na ramiona miała zarzucony różowy szalik.
Niebieskimi oczami lustrowała od góry do dołu Ryu, która stała jak sparaliżowana ściskając moją dłoń.
- Ohayo, Matsumoto - przywitaliśmy się.
Dziewczyna stanęła na przeciwko nas i przyglądała się z zaciekawieniem córce Kenpachi'ego. 
- Konichiwa. Co tu robicie? I kto to jest? - zapytała. 
Westchnąłem i uśmiechnąłem się szeroko. 
- Chcielibyśmy spotkać się z Toushiro, ponieważ ta dziewczyna ma do niego sprawę - wytłumaczyłem. 
Rangiku machnęła ręką i ruszyła w stronę baraków. 
- Idziecie czy nie? - dopytywała. 
Zaczęliśmy iść w tym samym momencie. Wyczuwałem obecność Ryunne tuż za moimi plecami. Posuwała się tak aby nie zwracać na siebie uwagi, a także w taki sposób aby dotrzymać nam kroku. 

***********

Matsumoto rozsunęła drzwi do Biura i weszła do środka, a my za nią. Hitugaya siedział przy biurku czytając jakieś dokumenty. Nawet nie podniósł głowy znad papierkowej roboty aby ujrzeć  kto przyszedł do niego. 
- Hitsugaya Taicho, masz gości - rzekła. 
Kapitan podniósł do góry głowę i spojrzał na nas turkusowymi oczami. 
Toushiro był niski i miał białe włosy. Nosił kapitańskie haori bez rękawów z zieloną wstęgą przewieszoną przez jego ramiona, która jest trzymana przez okrągłą spinkę. Wstęga służyła do podtrzymywania miecza na plecach. Jak zawsze wyglądał jak dziecko. 
- Ichigo, Rukia, Renji i... - zatrzymał się na Ryunne.
Zwróciłem uwagę na dziewczynę. Jej czarne włosy wystawały z kaptura i opadały na jej ramiona. Zrzuciła nakrycie głowy chowając swoją twarz pod buszem smolistych włosów. Podniosła głowę do góry ukazując swą delikatną twarz. Zamrugała kilkakrotnie oczami i uśmiechnęła się. Jej rzęsy wyglądały jak czarny wachlarz. 
- Ryunne... - szepnął z niedowierzeniem. 
Wstał z krzesła i oparł dłonie na blacie oddychając dwa razy szybciej. 
- Wiem, że nie możesz uwierzyć w to, że tu jestem. Nie jesteś jedyny. Ukitake, Byakuya oraz mój ojciec, Zaraki, a także i ja nie mogliśmy w to uwierzyć, ale to jest prawda - zakomunikowała czarnowłosa. 
Przyglądała się białowłosemu z powagą. 
- Czemu tu jesteś, Ryu-chan? - zadał pytanie.
- Toushiro, jesteś mi niezmiernie potrzebny - odpowiedziała. 
Hitugaya podniósł na nią turkusowe oczy i zamrugał. 
- Do czego? - dopytywał. 
- Do zwolnienia mnie z kary. Jest mi potrzebny twój głos abym mogła być znów tym kim kiedyś. 

*Ugendo - jak to było wytłumaczone na Bleach wiki "Sala Suszonego Deszczu" 
** Kuro - czarny



poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Rozdział 16

Ostatnio mam wenę na takie rozdziały, ale w następnym będzie spotkanie z Ukitake, Hitsugay'ą oraz jeszcze jednym z kapitanów może Unohan'ą? Zobaczymy ^^ 
Taka wiadomość - gdy skończę wątek z Seireitei pojawi się Hueco Mundo, a akcja rozkręci się na dobre ^.^ 




"[...] zadaj jedno, ostateczne cięcie, które przesądzi o wyniku walki [...]"


Słowa płynęły ze mnie jak porywista rzeka. Nie mogłam przestać tłumaczyć tego wszystkiego co mi się przydarzyło oraz mówiłam o tym jak może mi pomóc Byakuya. 
Siedziałam na przeciwko niego i spoglądałam prosto w jego oczy. Mój głos był spięty, a zarazem poważny. Moja trójka towarzyszy stała pod ścianą co jakiś czas wtrącając się do naszej rozmowy. Przez cały ten czas czułam wzrok Ichigo na sobie, który lustrował mnie od góry do dołu. 
Kuchiki kiwał raz na jakiś czas zrozumiale głową. Cieszyłam się, że od tak dawna siedzę na przeciwko mojego tak jakby "nauczyciela", który zawsze wiedział co mówił. 
Pamiętałam jak jeszcze za czasów Akademii uczył mojej klasy kaligrafii, to wtedy ujrzał we mnie potencjał. Później po skończeniu nauki, która w moim wykonaniu trwała zaledwie rok kapitan szóstego oddziału zaproponował mi abym pod jego okiem poprawiła kaligrafię, lecz nie tylko to. Po dwóch miesiącach Byakuya wziął mnie ze sobą na starcie z Pustym, pokazał jak zaatakować efektywnie hollowa i przy okazji nie prowadzić długiej walki. Tak o to po raz pierwszy zabiłam potwora pochodzącego z Hueco Mundo. 
"- Ryunne, czy mogę cię gdzieś zabrać za chwilę? - spytał stojąc przy swoim biurku.
Uśmiechnęłam się szeroko i ukłoniłam lekko. 
- Hai, Kuchiki taicho - odpowiedziałam. 
- Więc dobrze. Czy mogłabyś w tym momencie zostawić mnie sam na sam, na dosłownie parę minut? - zapytał.
- Oczywiście, taicho.
Skierowałam się do drzwi i rozsunęłam je. Postawiłam nogi za progiem, lecz przystanęłam na chwilę i obróciłam głowę w stronę Byakuy'i. 
Stał tyłem do mnie i spoglądał za okno. Był spięty, a widoczna część twarzy mężczyzny miała głębokie rysy. 
Nie chcąc mu przeszkadzać wyszłam na korytarz i zasunęłam drzwi. Oparłam się o ścianę i obsunęłam na podłogę rozmyślając o tym, gdzie planuje zabrać mnie kapitan. 

Pół godziny później

Przemierzaliśmy shunpo Seireitei, aż dotarliśmy do bramy północnej, którą strzegł masywny Danzōmaru. Mężczyzna otworzył ją, a my przeszliśmy na tereny Rukongai. 
- Musimy iść na wschód - oznajmił Kuchiki. 
Kiwnęłam głową i po chwili biegłam za kapitanem, którego białe, kapitańskie haori było porywane przez opór powietrza. Zmierzaliśmy w niewiadomą stronę, gdzie nigdy w swoim życiu nie byłam. Nie znałam dobrze terenów Rukongai dlatego też trzymałam się nieco z tyłu aby widzieć, gdzie ma zamiar skręcić Byakuya. 
Po chwili wpadliśmy do lasu i posuwaliśmy się teraz wolniej z faktu, iż mieliśmy przeszkody na drodze w formie drzew czy krzewów. 
Wybiegając z buszu ujrzałam rozległą, zieloną pustynię, po której środku płynęła rzeka o nieskazitelnie czystej wodzie. Będąc bliżej strumyka poczułam chłód bijący od jego zimna. 
Moje rozmyślania przerwało wycie Pustego, który znajdował się niedaleko nas. Hollow miał maskę, która miała kształt czaszki wilka. Był wielki i pokryty czymś co przypominało sierść koloru brudnej czerwieni. Ciało przecinały czarne pręgi jak u tygrysa. 
Szponami o długich paznokciach trzymał zaciśniętego chłopca, który krzyczał przerażony. Pragnęłam od razu wyrwać do przodu i zaatakować munstrum ściskające dzieciaka, lecz zatrzymał mnie kapitan. 
Jego ręka, na której było białe tekko* okrywające zewnętrzną część dłoni nie pozwalała mi podbiec tam. 
- Kuchiki taicho! - wrzasnęłam ze łzami w oczach. 
To dziecko umierało. Chciałam czym prędzej zabrać je od cierpienia, od bólu. Pragnęłam mu pomóc.
- Ryunne, czy wiesz jak zaatakować Pustego? - spytał.
Stanęłam jak sparaliżowana. Nigdy nie walczyłam z Hollowem, więc nie rozumiałam taktyki takiego starcia, lecz słyszałam, iż powinno się zadać cios w maskę. Wtedy szybko ginęły. 
- Jego czułym punktem jest maska, która po roztrzaskaniu zabija Pustego - odpowiedziałam. 
Moje oczy wędrowały od potwora do Byakuy'i. 
Puścił moje ramię i westchnął. 
- Dobrze, a więc Ryu-chan zadaj jedno, ostateczne cięcie, które przesądzi o wyniku walki - rozkazał.
Uśmiechnęłam się i rzuciłam na Pustego. Leciałam w jego stronę. Będąc już dosyć blisko wyciągnęłam z pochwy Apokalipsę, uniosłam klingę ku górze. Potwór podniósł do góry głowę i przestał ściskać dzieciaka, który wpatrywał się we mnie wielkimi, bursztynowymi oczami. 
Zamachnęłam się i przeciągnęłam ostrzem po jego pysku. Maska zaczęła pękać, aż roztrzaskała się na kawałki. 
Hollow znikł. 
Wylądowałam na prostych nogach na ziemi. 
Obróciłam głowę w stronę chłopca, który klęczał na podłożu z rękoma na ziemi. Schowałam do pochwy katanę, która weszła tam z charakterystycznym sykiem. 
Podeszłam do dziecka, które wpatrywało się we mnie tymi ogromnymi oczami. Włosy malucha miały kolor słońca i rozwiewały się na boki wpadając mu do oczu. Mrugał zdziwiony, a zarazem przerażony. Po jego bladym policzku spływały łzy. 
Ukucnęłam na przeciwko niego i uśmiechnęłam się mimowolnie. 
- Hej, jak ci na imię? - spytałam.
Przekrzywiłam głowę nieznacznie w bok. 
- Kaminari, pani Shinigami... - powiedział cicho. 
Starłam ręką łzy z jego policzka. 
- Nie mów mi "pani Shinigami" nazywam się Ryunne, Kaminari ty grzmocie - zaśmiałam się."
Tamtego dnia poznałam także małego "Grzmota", który pobudził we mnie sens do walki. Dzięki temu chłopcu chciałam chronić takie bezbronne osoby jak on. 
- Więc mam rozumieć z tego, że muszę po prostu poprzeć przyjęcie ciebie na powrót w nasze szeregi? - zapytał. 
- Tak - odpowiedział za mnie Ichigo.
Kurosaki siedział pod ścianą z wyciągniętymi nogami i przymkniętymi oczami. 
- Dokładnie - powiedziałam spoglądając na Kuchiki. 
- Nie ma w tym większej filozofii, to nie jest takie, aż trudne zadanie. Mam nadzieję, że inni kapitanowie oraz tych trzech poruczników poprze to - oznajmił. - Czy chcecie coś jeszcze ode mnie? 
- Nie - rzekłam. 
- Czy nie obrazicie się jeśli wyproszę was? Mam jeszcze wiele do zrobienia w dniu dzisiejszym, ponieważ mój porucznik chodzi z tobą mam dwa razy tyle roboty...
Renji zerwał się i zapytał przerażony słowami Byakuy'i:
- Czy kapitanowi przeszkadza to, że im pomagam? 
Kuchiki wciągnął powietrze i zamknął oczy. 
- Nie, Abarai, ale gdy nareszcie wrócisz do swoich obowiązków będę miał więcej czasu na swoje sprawy, a po pierwsze: czy ty przypadkiem nie dostałeś zadania do wykonania w Świecie Ludzi? - wypytywał się czarnowłosy. 
- Aaaa... no... chyba tak - odpowiedział zacinając się i śmiejąc pod nosem. - zrobię to, gdy będę nareszcie wolny, Kuchiki taicho. 
- Mam taką nadzieję.

***********************

Wychodząc z terenu szóstego oddziału znów zaciągnęłam na głowę kaptur ukrywając się w czerni. Zmierzaliśmy z powrotem do baraków jedenastego oddziału. 
Na mojej twarzy nadal widniał ten uśmiech zadowolenia. 
Pierwsza osoba poparła zniesienie mojej kary, odwleczenia mojej winy. Byłam szczęśliwa. Mogłam być już bardziej spokojna. Moje pragnienie powrotu jest ogromne. Tak bardzo pragnę dołączyć do któregoś oddziału i ze spokojem przemierzać drogami Seireitei, bez obawy, że ktokolwiek będzie chciał zgłosić, iż wędruję po uliczkach. 
Zobaczymy co z tego będzie. 
Teraz mieliśmy się zapytać o to do kogo teraz proponuje iść mój ojciec. Sama w głębi czułam, że będzie to Ukitake Juushiro, lecz nie miałam pewności. Ukitake był kapitanem trzynastego oddziału i jak pamiętałam bardzo często bywałam u niego wraz z Yachiru, która zawsze dostawała od niego słodycze zresztą, które także mi wciskał. Nie zawsze je przyjmowałam, ale wiedziałam o jego stanie zdrowia.
Z Ukitake dogadywałam się świetnie. Byliśmy podobni w charakterze jak i sposobie bycia. Nasze rozmowy były na różny temat. Znałam go, znałam bardzo dobrze. 
I miałam nadzieję, że on będzie następny w kolejce. On na pewno poprze to co chcę zrobić. 

**********************

Wkroczyliśmy do koszarów jedenastego oddziału, który miał zakaz mówienia komukolwiek - spoza członków tegoż oddziału - o tym, że jesteśmy tu i mamy pewne plany. Nikt nie ważył się złamać rozkazu.
Weszliśmy do budynku i skierowaliśmy się do biura. Podchodząc do drzwi odsunęliśmy je. 
W środku siedział mój ojciec oraz Yachiru siedząca na jego ramieniu. 
Oboje podnieśli na nas wzrok. 
- I jak? - zapytał ojciec.
- Mamy jego poparcie - odpowiedziałam. 
Na jego twarzy zawidniał szeroki uśmiech. 
- Kto teraz? - spytał Ichigo.
Chłopak wyszedł na przód i stanął na przeciwko mojego taty. 
- Może Juushiro Ukitake? - zaproponował. 
- Oczywiście! - krzyknęłam szczęśliwa.
Uśmiechnęłam się szeroko. 
- A potem? - dopytywał Renji.
Czerwonowłosy założył ręce na piersi. 
- Hitsugaya Toushiro? - zasugerował. 
- Niech będzie. 


* Tekko - to coś w rodzaju rękawiczek